„CHCĘ SPRAWIEDLIWOŚCI”

  • 7.06.2017, 09:02
  • SK
„CHCĘ SPRAWIEDLIWOŚCI”
Podczas hospitalizacji w sierpniu 2015 roku Jolancie Jaworskiej - Maćkiewicz zamknięto drzwi na oddział, a policja odmówiła przyjazdu na wezwanie. Od tego czasu kobieta domaga się wyjaśnień i wyciągnięcia konsekwencji.

Kobieta z wysokim ciśnieniem została przyjęta na oddział pod koniec sierpnia 2015 roku w celu przeprowadzenia zaplanowanych badań. Pani Jolanta w drugim dniu hospitalizacji nie otrzymała pomocy lekarskiej, czuła się bardzo źle. Pełniąca wówczas dyżur doktor nie zmierzyła kobiecie ciśnienia, nie podała leków. Pacjentka twierdzi, że została zlekceważona. Kobieta próbowała sama sobie poradzić, choćby schłodzić się wodą z automatu stojącego na korytarzu szpitala. Wyjście po zakup wody z maszyny doprowadziło do tego, że pacjentka nie mogła wrócić na oddział do sali chorych, ponieważ zamknięto przed nią drzwi. Jolanta Jaworska-Maćkiewicz przez prawie dwie godziny siedziała na schodach szpitalnych, próbując dostać się na oddział. Niestety drzwi nikt nie otwierał, a próby wezwania policji sczezły na niczym.

-Podczas obchodu pani doktor zbadała wszystkich na sali poza mną. Ja powiedziałam pani doktor, że bardzo źle się czuję, aż żyłki w oczach mam popękane. Lekarka zlekceważyła mnie, nie zbadała, nie zmierzyła ciśnienia. Powiedziała tylko, że nie chce mieć ze mną nic do czynienia, coś pod nosem jeszcze mamrotała i wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Przez cały dzień nie podano mi leków, nie sprawdzono, jakie mam ciśnienie, a ja czułam się coraz słabsza, bałam się, że dostanę wylewu. Zgłaszałam ciągle, że mam wysokie ciśnienie, że jest ze mną źle, ale wszyscy mnie omijali. Dobrze, że był przy mnie mąż. Próbował jakoś mi pomóc. Zadzwoniliśmy na pogotowie, ale nie mogło do mnie przyjechać, ponieważ na oddziale był lekarz. Miałam twarz rozpaloną, żyłki popękane, wyglądałam tragicznie. Postanowiliśmy z mężem zadzwonić na policję,  opisaliśmy sytuację, ale tam też odmówiono pomocy. Po kilku minutach kolejny raz zadzwoniliśmy, tym razem do Radomia, obiecano nam, że zadzwonią do Sierpca. Czekaliśmy i nic. Pomyślałam, że w domu mam wizytówkę do innego lekarza. Poprosiłam męża, by wrócił do domu, zadzwonił do niego i zapytał, co mam robić. I wtedy się zaczęło. Gdy nie było męża, wyszłam na korytarz kupić sobie wodę z maszyny. Pomyślałam, że może się wodą schłodzę. Szłam osłabiona, serce mi kołatało, powietrze siłą łapałam. Obejrzałam się i wtedy zobaczyłam, że idzie pani doktor, pomyślałam, że może udzieli mi pomocy, ale ona mnie zlekceważyła i zobaczywszy, że wyszłam, zamknęła za mną na klucz drzwi na oddział. Kupiłam wodę, ale już nie mogłam wejść na odział, dzwoniłam, pukałam, ale nikt mi nie otwierał. Była już godzina 20:00. Minęło 40 minut, przyjechał mąż. Dalej pukaliśmy, dzwoniliśmy, ale nikt nie otwierał. Zaczęliśmy dzwonić na policję. Prosiłam policjanta, by przyjechał, mówiłam, że bardzo źle się czuję, że siedzę jak pies na schodach, bo nie chcą mnie wpuścić na oddział. Odmówiono mi. Po dwóch godzinach siedzenia na schodach bardzo nieuprzejma pielęgniarka otworzyła drzwi, nawet nie zapytała, jak się czuję, a ja byłam bez sił- mówi Jolanta Jaworska – Maćkiewicz.

Pani Jolanta na początku 2016 roku skierowała sprawę na policję i złożyła skargę do prokuratury. Komenda Powiatowa Policji w Sierpcu odmówiła wszczęcia dochodzenia. Wówczas w sprawie zawiadomienia Jolanty Jaworskiej- Maćkiewicz na to postanowienie Komendy Powiatowej Policji w Sierpcu  Dariusz Kudelski, sędzia II wydziału karnego Sądu Rejonowego w Sierpcu,  uchylił zaskarżone postanowienie i przekazał do ponownego rozpatrzenia. Uznał także, że zażalenie jest zasadne, a decyzję wydano przedwcześnie bez zbadania okoliczności. Policjant, który prowadził sprawę, umorzył ją, informując o tym panią Jolantę w piśmie, które jednakże nie zawierało uzasadnienia tej decyzji.

-To nie jest złośliwość z mojej strony, że tyle czasu domagam się odpowiedzi i pociągnięcia do odpowiedzialności osób, które zadrwiły z mojego zdrowia i życia. Jest mi przykro, że po takim incydencie nikt z personelu do mnie nie przyszedł i nie zapytał, jak się czuję. Szpital to miejsce, gdzie życie ludzkie się ratuje, a nie z niego drwi i wystawia na takie doświadczenia. Ja na tych schodach mogłam umrzeć- dodaje Jolanta Jaworska-Maćkiewicz.

Pani Jolanta udała się do Beaty Bany, obecnej dyrektor sierpeckiego szpitala, z pytaniem, dlaczego przez prawie dwa lata nie otrzymała odpowiedzi na wysłane pismo i dlaczego nie wyciągnięto konsekwencji wobec dyżurującej doktor.

-Pani dyrektor powiedziała, że nie zna tej sprawy, zbyła nas. Powiedziała, że dla niej to świeża wiadomość, że więcej wie na ten temat mecenas. Mecenas podczas spotkania straszył mnie sądem. Miał zdjąć z dyżurów tę doktor. Sam w początkach tej sprawy twierdził, że ona zawiniła, ale nic nie robił w tym kierunku. Po prawie dwóch latach otrzymałam odpowiedź pisemną ze szpitala, w której poinformowano mnie, że nic nowego do sprawy nie wniesiono. Ja się boję do tego szpitala iść, bo jeżeli np. stracę przytomność, a właśnie ta pani lekarz będzie miała dyżur, to może jeszcze mi coś poda i po dwóch godzinach będzie, że nie wytrzymałam, zmarłam. Będą się teraz mścić na mnie lekarze i pielęgniarki- dodaje pani Jolanta.

Jolanta Jaworska-Maćkiewicz czuje się okpiona przez dyrekcję sierpeckiego szpitala i policję, przez ich opieszałość nie mogła nic zrobić, by doprowadzić sprawę do końca. Państwo Maćkiewiczowie udadzą się po pomoc do Ministerstwa Sprawiedliwości.

- Chcę sprawiedliwości. Policja nic nie pomogła, powinna przyjechać, zostaliśmy okpieni. Byłam jeszcze kilka dni w szpitalu i czułam się jak intruz, negatywnie do mnie podchodził personel. Tylko doktor Balcerowska o mnie zadbała. Dopiero 29 sierpnia 2015 roku, gdy przyszła na dyżur, to się mną zajęła. Kiedy zobaczyła bardzo wysokie ciśnienie, kazała mnie uśpić, by ratować mnie. Z dnia 28 sierpnia w mojej karcie pacjenta z pobytu w szpitalu nie mam żadnego wpisu o podanych lekach czy zmierzonym ciśnieniu. Złożyłam pismo do Rady Powiatu, ponieważ szpital i policja jej  podlegają. Jednak Rada Powiatu po zapoznaniu się zepchnęła tę sprawę ponownie do dyrekcji szpitala i do komendanta powiatowego, czyli Rada Powiatu schowała głowę w piasek, a w Policji w Sierpcu zaginęła moja historia choroby z pobytu w szpitalu w Sierpcu. Policja odpowiedziała, że nie posiada żadnych dokumentów stwierdzających, iż 28 sierpnia 2015 r. w ogóle leżałam w szpitalu w Sierpcu na oddziale chorób wewnętrznych, pokój nr 8 - dodała pacjentka.

Redakcja wysłała do dyrektor Beaty Bany pytanie, czy zostaną wyciągnięte konsekwencje w stosunku do doktor pełniącej tego dnia dyżur na oddziale wewnętrznym, która nie udzieliła pomocy pacjentce oraz pozwoliła jej przebywać przez długi czas na korytarzu szpitala? Zapytaliśmy także, czy konsekwencje poniosą osoby, które nie dopatrzyły się braku pacjenta na oddziale, w sali chorych. Na dzień publikacji tego artykułu redakcja odpowiedzi jeszcze nie otrzymała.

SK
Podziel się:
Oceń:
 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe